Świat się kończy, czy zmienia? Część II

Skończył się i zmienił. Definitywnie. 

Dwa miesiące po ostatnim wpisie zaszłam w ciążę, która od początku mocno dawała o sobie znać. W międzyczasie kupiliśmy mieszkanie, które należało natychmiast remontować. Inaczej, korzystając z łazienki, wymiotowałabym do dzisiaj. Nie mieliśmy gazu, ciepłej wody, obiady gotowaliśmy na przenośnej kuchence. Smród mokrych szmat rozkładanych na klatce schodowej śni mi się do dziś (o ile śnić się może zapach). Ale mi się śni. W sumie od 3 maja do 17 września żyliśmy jak lud koczujący. Ale daliśmy radę.
W grudniu pojawił się Franek. Tych długich rzęs i zadartego nosa nie zapomnę (mam nadzieję) nigdy. Uśmiech, spryt i bystrość - myślę, że  opisuję go zgodnie z prawdą. 

Kot odszedł. Uczyliśmy go wychodzić na spacery. Mamy całkiem przyjemny ogród i wymyśliliśmy sobie, że on się tam odnajdzie. I przez dłuższy czas tak było. Aż pewnego grudniowego dnia nie wrócił. 

W 2016 roku urządziliśmy sobie jeszcze dwa remonty - chyba tęskniliśmy za pyłem, syfem i hałasem - i kolejne dziecko. Tym sposobem w maju 2017 roku mieliśmy już wyremontowane wszystkie pokoje, łazienkę, przedpokój, garderobę i spiżarnię oraz drugie dziecko na świecie. Zuzia nie chce współpracować tak, jak Franek. Ale, że naczytałam się o tym, aby nie porównywać dzieci, bo to im szkodzi, napiszę tylko, że jest prześliczna kiedy w końcu się uśmiechnie i bardzo zwinna, jak na swój wiek. Wymaga czyjej obecności, ale już widzimy, że będzie z niej niezła łobuziara.

Bilans:
- zero kota
- jeden kredyt hipoteczny
- dwoje dzieci
- 500 +

Trochę sobie tu jeszcze popiszę.



Komentarze

Popularne posty