03.07.2014

"Nie ma go"

Zgubił się.
Wiktor. Dziecko sąsiadów.
Człowiek krzyczał z balkonu tak długo, że w końcu się zainteresowałam. W końcu jestem kobietą, a to do czegoś zobowiązuje ;p
Grał sobie grzecznie w piłkę, kopiąc zaparkowane samochody. Może rodzicom kolejny raz nie chciało się wyjść z nim do parku?
To niech się dzieciak na parkingu pobawi.
W dodatku sam.
 
- Nie ma go - mówi tata. Słychać rozpacz w głosie.
Po chwili słyszałam uderzenie zatrzaskiwanych drzwi.
Nie wiem, czy się odnalazł. Wierzę, że tak. Tutaj raczej trzeba się postarać żeby się zgubić, albo żeby Cię porwano, chociaż różne świry chodzą po tym świecie.

Co innego zgubić dziecko na plaży. W ubiegłym roku byłam świadkiem poszukiwań.
Nie chciałabym być nigdy w skórze tej kobiety. Okropna panika i strach bił z jej oczu.
A na plaży chodzi o to, żeby odpocząć, powylegiwać się w słońcu, a nie dzieciaków pilnować, swoich albo cudzych. Straciła go z oczu podobno tylko na chwilę. Szukali Michała w sobotę.
W poniedziałek przeczytałam o nim w necie. Znalazł się 4 godz. później i 5 km. od mamy.
Niezły sobie spacer urządził.

Raz współzgubiłam dziecko. Czuję się współwinna do dziś. Natalka miała kilka lat. Była z nami na spacerze. Nie byłam najstarsza, a tylko druga w kolejności. Zatrzymałyśmy się na chwilę, żeby porozmawiać ze znajomą. Jedna znajoma i nas pięć dziewczyn. I 5 minut. Jeszcze w czasie rozmowy okazało się, że nie ma dziecka. Na szczęście nie zgubiła się na ruchliwej ulicy, a w bardzo gęstym parku, nieco dzikim, po którym jednak jeździły jeszcze samochody. Mówiłyśmy na to miejsce "parowa" - szło się w głębokiej dolinie, otoczonej z każdej strony stromymi wzniesieniami, gęsto obrośniętymi krzakami i drzewami. Zero zabudowań.
Szukałyśmy wszędzie, każdy krzak, darłyśmy się jak złapane w sidła dzikie zwierzęta. Wróciłyśmy spłakane do domu. Zestresowane, spanikowane. Natalia już na nas czekała, z kanapką w ręku, na kanapie. Oglądała bajkę. Nie chciała się na nią spóźnić, więc kiedy zobaczyła, że to jednak będzie długa rozmowa odwróciła się na pięcie i pobiegła do domu. Nie wiem, gdzie miałam wtedy oczy.
Co było ważniejsze od dziecka. Może świadomość, że nie jestem za nią do końca odpowiedzialna, że takie rzeczy się zdarzają, ale nie mnie, że to dziecko, (choć tak wiele razy nie chciała wracać do domu po zakończonej zabawie), na pewno będzie tu z nami stać grzecznie.

Mam nadzieję, że Wiktor już jest w łóżku, że jutro rodzicie poświęcą mu trochę czasu i pójdą z nim kopać piłkę. Mam nadzieję, że w tym roku nad morzem dzieci będą bezpieczne, a opiekunowie mimo wszystko będą mieć oczy dookoła głowy.

2 komentarze:

  1. Mój środkowy przebrzydły nadpobudliwiec ma na imie Wiktor. I zgubił mi sie w wielkiej sieciówce kiedyś.Bo myślałam że jak się powie trzylatkowi że ma stac obok to będzie stał, mimo iż tam gdzie nie ma " obok" jest wielki kolorowy swiat. Poznałam jego wrzask i odebrałam od pani kasjerki. Na plażę swego czasu tez wybrałam się z dziećmi, po to zeby mąż mógł odpocząć w pracy. Ten sam Wiktor zapytał gdzie sie kończy plaża. Powiedziałam że bardzo bardzo daleko i rozłożyłam parawan. Kiedy podniosłam oczy widziałam juz tylko jego kąpielówki ze snoopym , które biegna szybciutko przed siebie. Rzuciłam sie w pogoń jak wariatka. Chciał sprawdzić czy znajdzie koniec plaży. Trzeba mieć wszystkie syndromy, począwszy od Piotrusia pana, żeby przewidzieć co zrobi dziecko.Bo nie wiesz czy nie wymyśli że skoro ma kalosze, gumowe buty co chronia przed wodą, to może wejść do rzeki mając lat 2 :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rany, ale miałaś szczęście na tej plaży. Mogło mu się zachcieć sprawdzać, czy woda jest ciepła, itp.. Wiktor się znalazł.. i Twój i sąsiadów, w sobotę poszli z nim na plac zabaw, ale wcześniej 3 razy matka szukała go z balkonu.. może wiedzą już gdzie on jest, kiedy nie ma go na parkingu.

    OdpowiedzUsuń