05.12.2014

Świat się kończy, czy zmienia?

Kot mruczy w czasie czesania. Mruczy do osmarku.
Wiadomo - jak kot mruczy i jest osmarkany, to znaczy, że jest bardzo szczęśliwy.

Ale ten kot nigdy nie lubił czesania, uciekał na sam widok szczotki.


Wizyta w przychodni trwała w sumie ok. 15-20 min. -  w tym odstanie swojego w kolejce do rejestracji i wizyta w gabinecie.

Można? Można!


Pęceł sam, nieprzymuszony, kupił worek krówek "koniecznie ciągutek". Dla nas.
To był pierwszy raz w życiu, kiedy widziałam mojego męża kupującego słodycze.

Bardzo urocze!


Niestety preposizioni semplici i articolate pozostają niezmiennie trudne, ale "jakoś musicie się tego państwo nauczyć".

21.11.2014

Moje 30 urodziny zbliżają się nieuchronnie. Nie mam z tego powodu żadnych myśli negatywnych - taka kolej rzeczy. Jak chce się żyć, to trzeba żyć  i z 3 z przodu.

Do życia, wiadomo, potrzebne jest zdrowie, które mam, ale o które muszę dbać, czasem wyjątkowo skrupulatnie. Toteż odwiedzam w ciągu roku co najmniej 5 specjalistów + laboratorium.
Kolejka do tego laboratorium nie mniejsza niż do specjalistów. Dodatkowo płatna morfologia (6 zł, w zeszłym roku było 5 zł, ale wiadomo, wszystko drożeje).
- Wygodnie proszę usiąść i patrzeć wszędzie tylko nie na rękę, żeby nam pani nie zemdlała - radzi pielęgniarka.
Ja nie mdleję na widok krwi, to bardzo budujący widok, o ile tej krwi nie ma za dużo i nie bryzga frywolnie we wszystkich kierunkach. Czyli nie wiem, czy mdleję.
Od małego dziecka moja mama, pielęgniarka, przynosiła do domu drobne akcesoria do nakłuwania żył, celem zbadania nam krwi. Żółte gumy do ściśnięcia ręki powyżej łokcia, waciki, igły i strzykawki.
- A jaki rozmiar tej igły? - moje i siostry standardowe pytanie przed kulminacyjnym momentem
- 12 - mówiła mama
Po jakimś czasie już wiedziałam, że czasem była większa, bo i 13, można to było rozróżnić po kolorze papierka, w którym schowana była igła. Raz też po ukłuciu mama przyznała się, że to jednak była 13 ..
- Zaciśnij piąstkę - moment najgorszy, nie da się uciec, na nic płacz i modlitwy, że może jednak nie trzeba kłuć. Jak podrosłam lubiłam patrzeć jak krew skapuje do probówki. Gęsta czerwona, nieprzerzedzona wodą - nie było w zwyczaju pić wody przed pobraniem.
Było też kłucie z palca -  w zasadzie bardziej bolesne i nieprzyjemne, bo pielęgniarki tak mocno ten palec ściskały, jakby po nakłuciu spodziewały się, że nic się nie wydarzy. Bolało bardziej, ale psychicznie było lepsze do zniesienia.

- Proszę zacisnąć pięść - mówi pielęgniarka
- Takiego wała - myślę sobie. I owszem zwijam palce w piątkę, ale z siłą wykończonej anemią mimozy.
- Pani cały czas patrzy?
No patrzę, nie lubię kiedy mnie ból zaskakuje, wolę patrzeć komuś na ręce niż się potem mocno dziwić.

Ale nie da się patrzeć cały czas.
Byłam już kilka razy na niezwykle "sympatycznym" zabiegu jakim jest biopsja. Mamunia moja doświadczona podobnymi zabiegami poradziła się znieczulać dokładnie specjalnymi maściami. I tak za każdym razem robię. Biopsja tarczycy nie bolała wcale, jak na 4 ukłucia w sumie, było niemalże doskonale. A potem, od stóp do głów, oblałam się tylko dlatego, że lekarka, która biopsję robiła ma już (ponad) 80 lat. Więc zwyczajnie bałam się, że zamiast w tarczycę, wyceluje w moje oko.
Ostatnio jednak to ja źle wyliczyłam sobie miejsce nakłucia i krem znieczulający nie dotarł tam, gdzie trzeba. Bolało tak, że lepiej już zakończę.

16.10.2014

Parli italiano?

Od października uczę się włoskiego. Spełniam marzenie z dzieciństwa. Rodzice włączali tv na kanale, na którym występowały dziecięce chóry. Dzieci oczywiście śpiewały po włosku. Nie mam pojęcia o czym, ale fajnie im to wychodziło. Trochę później na innym kanale piękna pani włoszka sprzedawała telefonicznie biżuterię. Nie mam pojęcia, co o niej mówiła, ale chciałam od niej kupować, a na pewno jej słuchać.

No ale nie o tym.

Uczę się tego włoskiego na uniwersytecie, na filologii włoskiej. Koleżanki moje nowe mają 18 i 19 lat. Oprócz wieku dzieli nas, w większości, niewiele. Chcemy się uczyć, fajnie jest na praktycznej nauce, kiedy można mówić, słuchać, pisać. Po zajęciach też jest fajnie, bo można sensownie porozmawiać.

Ale ja dziś o mniejszości.

Bo kilka nowych koleżanek postanowiło na studiach nie tyle się uczyć, co integrować.
Codziennie na forum grupy panna A* zadaje pytanie "Kiedy idziemy pić?". Pytanie przybiera różną postać: "Może piwo dzisiaj?", "Ktoś chętny na integrację?", "Jakieś piwko po zajęciach?, itd., itd. ..

I oto scenka rodzajowa z życia wzięta. Ponieważ nie znam jeszcze imion większości dziewczyn posłużę się skrótem A i B*.

W środę zajęcia prowadzi kobieta, która jest Włoszką z urodzenia, podobno nie potrafi mówić po polsku. Wątpię, ale jest to jakiś sposób na zmotywowanie do nauki. Na tych zajęciach słuchamy piosenek, scenek, opowiadamy o tym, uzupełniamy zadania - słowem uczymy się słuchać.

Professoressa zadała pytanie koleżance A, od piwka. Ta siedzi cicho. Włoszka powtarza. Ta nic.
W końcu jedna z koleżanek (B) nie wytrzymała i mówi:
B: Integracja! Zainteresowana podnosi głowę i szuka. Koleżanka kontynuuje - strona 9, ćw. 4, punkt c,  odpowiedź: "si"
- Si - mówi Integracja

Po zajęciach Integracja i koleżanka B spotykają się w drzwiach.
- Dzięki - mówi Integracja - kompletnie nie wiedziałam o czym ona mówiła i że mówiła do mnie.
- Nie ma sprawy - odpowiada B
- Słuchaj, może mogłabym się jakoś odwdzięczyć? - kontynuuje A - Może postawię ci piwo po zajęciach?

09.09.2014

Korpo-life

Po ostatnim weekendowym wyjeździe z obcymi ludźmi wzięło nas z Pęcłem na przemyślenia. Oczywiście dopiero wtedy, kiedy wygodnie usadowiliśmy się w aucie i odjechaliśmy na bezpieczną odległość od Warszawy.

Przyszło nam się bratać z pracownikami korporacji, agencji reklamowych i agencji eventowych.
Co robi ów pracownik po wejściu do pociągu? Wyciąga telefony - co najmniej dwa, laptopa, tablet, notes gruby z mnóstwem zakładek, kolorowych karteczek. Rozluźnia się dopiero wtedy, kiedy na zegarze wybija 16, a pierwsza butelka z winem zostaje opróżniona.

- W jakiej firmie pracujecie?
- XYZ - szkolenia, coaching.. - odpowiada Pęceł
- aaa.. to spoko, możemy się zakumplować. Z konkurencją nie gadamy. My organizujemy konferencje medyczne..

"Łooo kur*a" jak to mówi sąsiadka moich Rodziców. Ale selekcja. Teraz nie wiesz do kogo gębę otworzyć, żeby cię zaraz za szpiega nie wzięli.

Mogło mi się na pierwszy rzut oka wydawać, że fajnie mają w pracy takie osoby z agencji reklamowych. Fajnie, że organizują konferencje, że poznają tylu nowych i mądrych ludzi, że robią coś ważnego.
I rzeczywiście tylko mi się wydawało. Już na samym początku kilka osób zaznaczyło, że pracują w swojej firmie, ponieważ trzyma ich kasa. Zarabiają dobrze, ale swojej pracy nie lubią.
Kilka razy w tygodniu podróżują do innego miasta, do tego dochodzi obecność na konferencji/spotkaniu. Oprócz tego dochodzą im takie właśnie wyjazdy weekendowe - dla nas prezent i doskonała możliwość, żeby jeszcze gdzieś wspólnie wyskoczyć - dla nich jedna z cięższych kar.

Co było punktem wspólnym wielu z naszych współtowarzyszy? Wielu z nich było tzw. singlami.
Ciężka praca w korporacji, agencji reklamowo-eventowej nie idzie w parze z poznawaniem partnerów na resztę życia, czy nawet na trochę krócej. Owszem na jedną noc, na weekend.
Jedna z dziewczyn potwierdziła, że owszem ma kasę i buduje sobie właśnie dom (w wieku 24 lat..), ale nie ma szans na to, żeby kogoś poznała. Za często nie ma jej w domu, za często wyjeżdża, ma tysiąc spraw na głowie i jak trzeba pracuje do późna w nocy. Warunki zdecydowanie niesprzyjające zakładaniu rodziny.

I tak wracając do domu przeskakiwaliśmy z osoby na osobę snując jakieś domysły, czy podejrzenia - owszem, można to nazwać obgadywaniem. Ale nie złośliwie. My współczuliśmy zdecydowanej większości tych ludzi. Zwłaszcza pewnej kobiecie, bardzo spokojnej, która klasyfikuje się w grupie "35+" z kilkoma siwymi pasemkami, pewnie ze stresu, której rodzice podrzucili torbę z jedzeniem na dworzec.. mnie to chwyciło za gardło.. Ja wracam do domu, z mężem, razem będziemy oglądać zdjęcia z wyjazdu, razem zjemy obiad, kolację, pójdziemy do kina, zrobimy zakupy. Dla mnie to jest cenniejsze niż pełny portfel, czy konto w banku.


12.08.2014

To było nocą, gdy księżyc jasno świecił..

"Błędy człowieka szlachetnego są jak zaćmienie słońca lub księżyca - wszyscy je widzą."
Konfucjusz.


.. albo, kur*a, słyszą!

Noc, w czasie której nastąpiła superpełnia księżyca, była nocą dość męczącą.

Najpierw jakiś niedorozwój zechciał bawić się domofonem. Dwa razy wybrał numer naszego mieszkania.
O ile za pierwszym razem mnie obudził i poruszył moje pokłady współczucia dla samotnych debili, włóczących się nocami po mieście, to już drugi dzwonek obudził we mnie diablicę.
Wyskoczyłam z łóżka jak sprężyna z materaca, dorwałam się do słuchawki i zapytałam "najuprzejmiej" jak mogłam:
- czego dzwonisz po nocy, chuju głupi?

I od razu napełniło mnie zdziwienie, czy wyraz "chuju" nie jest już sam w sobie wystarczającą obelgą, żeby jeszcze okraszać go przymiotnikiem?
No cóż, słowo się rzekło.
Słuchawkę odwiesiłam, sprawdziłam, czy drzwi wyjściowe są zamknięte, sprawdziłam też balkon.
Wróciłam do łóżka, w końcu jest pierwsza w nocy.

Księżyc świecił nam prosto w sypialniane okna zakryte roletami, które to rolety niewiele pomagały.
W kocie obudził się drugi debil. Zaczął polować na moją stopę. Nie ruszałam nią, nie prowokowałam go, chciałam zasnąć. Kto ma równie "mądrego" kota, wie, że nie ma nic bardziej wkurzającego od bólu ugryzienia i zadrapań pazurskami w środku nocy.
Skończyło się zlaniem kociego dupska poduszką.

Zasnęłam.

Księżyc pnie się dalej po niebie. Kot śpi w salonie. Słychać syczenie węży..
Pęceł wstaje, sprawdza balkon.. tak, na świecie jest wiele istot, które źle reagują na superpełnię.
Koty na sąsiednim podwórku podziwiały wielkiego satelitę i tłukły się, mam nadzieję, o jakąś seksowną kotkę.

O 4.30 sąsiad debil wyruszał na urlop. Obyś, łajzo, za szybko nie wrócił. Radio rozpiżdżone na cały regulator, stary silnik dudni jak zepsuty traktor..
"Jedź w pizdu, albo wyjdę cię pożegnać" - myślę w rozpaczy..

06:00 - dozorca też dostał tej nocy księżycowego debila, bo koncertowo napier*ala przykrywami od metalowych koszy na śmieci, bo w końcu za 30 min. przyjedzie śmieciara i trzeba się z 3 koszami uwinąć tych 50 metrów.

06.10 budzik..

MORDOWAĆ!

07.08.2014

Paryż

Obsrana po same kostki usiadłam na fotelu, tuż przy przejściu. Nikt mnie nie zmusi, żebym siedziała przy oknie. Nogi trzęsły mi się jak przy Parkinsonie i w żaden sposób nie umiałam ich powstrzymać.
Mieliśmy 2 godzinne opóźnienie i jakiś popapraniec zechciał powiedzieć nam dlaczego - "z powodów technicznych".
Dla mnie, Popaprańcze, powody techniczne to nic innego jak ułamane skrzydło, grożące odpadnięciem tuż po wzbiciu się, dziurawy zbiornik paliwa, brak koła, albo niemożność otwarcia całego podwozia.
Problem techniczny to też terroryści, brzoza, mgła, wiatr, turbulencje.. kurwa.. jedźmy autem, błagam! Poprowadzę!

Ok, dali nam nową maszynę, zepsuta została na Okęciu, lećmy. Z Bogiem.
- Juliaaaa, zooobaaaacz, jesteśmy w chmurach! - Mówi 7 latka
- Ojaaaa, ale wysoko! Łał! Widać słońce! - odpowiada Jula
- Julcia, nie boisz się? - pytam łamiącym głosem
- Czego? To zwykły samolot w zwykłych chmurach, czego mam się bać? - odpowiada rezolutnie.


bleee

Julka to moja chrześniaczka, z myślą o niej, Karolci i Krzyśku cały ten wyjazd. Karolka i Krzyś lecieli ze swoimi rodzicami, ja i Pęceł mieliśmy Julcię pod opieką.

- A kiedy będą turbulencje? - pyta Karolinka.
Że kurna CO?! "Pod Twoją Obronę.. błagam, Boże, żadnych turbulencji, nie zniosę, mam za słabe serce, błagam!

- Wstań i sobie poskacz, to będziesz miała.. - odpowiada jej tatuś..
No więc dziecko wstało i skakało, a ja już widziałam w wyobraźni jak samolot przechyla się na lewą stronę (od skoków 7 letniego dziecka, tak.. wiem, mam problemy z opanowaniem emocji w sytuacjach kryzysowych...) i spadamy w dół, w diabły..

Paryż jest piękny - nadal. Ale już nie zachwyca. Kiedy mieszkaliśmy w brudnej stolicy naszej, codzienna walka o miejsce w autobusie, tramwaju, czy metrze, nie stanowiła problemu. Podobnie jak ogromne odległości do przejścia, np.  w podziemiach.
Od dwóch lat mieszkamy w Toruniu i tym razem Paryż zmęczył mnie chodzeniem, szukaniem odpowiedniej linii metra, przechodzeniem śmierdzącymi podziemiami, żeby przesiąść się na kolejne. Śmieci na chodnikach, na trawie, pierdyliard kapsli, korków od szampana i wina na Polach Marsowych.

Albo jestem za stara na takie szybkie wypady po Europie, albo życie w małym Toruniu odciska już piętno na mojej grubej, poukładanej dupie. Dwa dni dochodziłam do siebie, a mimo tego, że minął już tydzień, śnię o tym, że razem z dziewczynkami szukamy metra, chodzimy po ulicach i błądzimy.. budzę się zmęczona.

Jednak.. zobaczyć radość, zachwyt, szaleństwo w oczach .. bo Piękna i Bestia, bo kolejka górska urywająca głowę, Alicja w Krainie Czarów i Trzy Dobre Wróżki, które przyszły się przywitać..
To był najbardziej wzruszający urlop jaki miałam. A Disneyland jak wymiatał, tak wymiata dalej i lepiej!

W drodze powrotnej były turbulencje, piękne, delikatne, ale jednak bujało.. a co na to dzieci?
No cóż.. spały..



14.07.2014

Stoliczku nakryj się

Lubimy gotować.
Naszym hitem, którym obczęstowaliśmy rodzinę i siebie - wielokrotnie - jest kurczak w miodzie, z książki "Uczta lodu i ognia". Absolutnie przepyszny!
Wydaje się, że to klasyka, bo kurczak jest pieczony bez dodatków, ale sos.. sos to poezja.. :)

Toteż kiedy w weekend odwiedziła nas Rodzina Pęcła zdecydowaliśmy się podać tego właśnie kurczaka. Staraliśmy się jak umieliśmy najlepiej. Pęceł przygotował sos już 2 dni wcześniej.
Kurczak opiekł się na złotą, chrupiącą i bardzo aromatyczną skórkę.

"Ale ja to tylko pierś z kurczaka jadam", "Dziecku tylko frytki", "Ja już więcej nie chcę".
Ciocia ratując sytuację stwierdziła, że bardzo dobre..

Nic na siłę. Nie każdemu mogą odpowiadać nowości dwojga dziwaków mieszkających z kotem.

Ale następnym razem będzie rosół i mielone z mizerią. Napchacie się, a my będziemy szczęśliwi, że każdy zjadł z apetytem i nie zaciągnął się oparami sosu.


Bardzo polecamy książkę i kurczaka! :)


04.07.2014

O.O

Jestem kobietą. Mam 29 lat. Nie umiem rozmawiać z dziećmi. Nie wiem o co je pytać, co im odpowiadać. Nie wyobrażam sobie nawet jak to będzie mieć kiedyś swoje. Po prostu nie umiem sobie tego wyobrazić. 

Mój Mąż bawił się ostatni z 3-latką w niedźwiedzie. Obudzili się z zimowego snu, wyszli z jamy i szukali czegoś do zjedzenia. Jedli mnie. Ja byłam w tej zabawie złą czarownicą.

W mojej rodzinie, kobiety w moim wieku miały zazwyczaj już dwójkę dzieci. Moja mama w moim wieku organizowała mi pierwszą komunię.

W zeszłym miesiącu usłyszeliśmy od mojego dziadka, że skoro już nie możemy mieć własnych dzieci, to może chociaż przygarniemy jakąś sierotę. 
- Byle zdrową, po co Wam chore dziecko - mówi dziadek...

Dziś wchodzę na facebooka, na pasku z prawej strony 3 reklamy klinik leczenia bezpłodności.

Nie dość, że późno - jak na standardy rodzinne - wyszłam za mąż, to jeszcze za chwilę miną 2 lata, a wciąż nie ma dziecka. Rodzina ma jak zwykle powód do niepokoju.

Chcę być matką, chcę mieć mądre, zdrowe i szczęśliwe dzieci. Ale mogę je zrobić wtedy, kiedy będę uważała za słuszne?
Może mnie rodzina i facebook nie pouczać i nie pospieszać? 
Dziękuję!

03.07.2014

"Nie ma go"

Zgubił się.
Wiktor. Dziecko sąsiadów.
Człowiek krzyczał z balkonu tak długo, że w końcu się zainteresowałam. W końcu jestem kobietą, a to do czegoś zobowiązuje ;p
Grał sobie grzecznie w piłkę, kopiąc zaparkowane samochody. Może rodzicom kolejny raz nie chciało się wyjść z nim do parku?
To niech się dzieciak na parkingu pobawi.
W dodatku sam.
 
- Nie ma go - mówi tata. Słychać rozpacz w głosie.
Po chwili słyszałam uderzenie zatrzaskiwanych drzwi.
Nie wiem, czy się odnalazł. Wierzę, że tak. Tutaj raczej trzeba się postarać żeby się zgubić, albo żeby Cię porwano, chociaż różne świry chodzą po tym świecie.

Co innego zgubić dziecko na plaży. W ubiegłym roku byłam świadkiem poszukiwań.
Nie chciałabym być nigdy w skórze tej kobiety. Okropna panika i strach bił z jej oczu.
A na plaży chodzi o to, żeby odpocząć, powylegiwać się w słońcu, a nie dzieciaków pilnować, swoich albo cudzych. Straciła go z oczu podobno tylko na chwilę. Szukali Michała w sobotę.
W poniedziałek przeczytałam o nim w necie. Znalazł się 4 godz. później i 5 km. od mamy.
Niezły sobie spacer urządził.

Raz współzgubiłam dziecko. Czuję się współwinna do dziś. Natalka miała kilka lat. Była z nami na spacerze. Nie byłam najstarsza, a tylko druga w kolejności. Zatrzymałyśmy się na chwilę, żeby porozmawiać ze znajomą. Jedna znajoma i nas pięć dziewczyn. I 5 minut. Jeszcze w czasie rozmowy okazało się, że nie ma dziecka. Na szczęście nie zgubiła się na ruchliwej ulicy, a w bardzo gęstym parku, nieco dzikim, po którym jednak jeździły jeszcze samochody. Mówiłyśmy na to miejsce "parowa" - szło się w głębokiej dolinie, otoczonej z każdej strony stromymi wzniesieniami, gęsto obrośniętymi krzakami i drzewami. Zero zabudowań.
Szukałyśmy wszędzie, każdy krzak, darłyśmy się jak złapane w sidła dzikie zwierzęta. Wróciłyśmy spłakane do domu. Zestresowane, spanikowane. Natalia już na nas czekała, z kanapką w ręku, na kanapie. Oglądała bajkę. Nie chciała się na nią spóźnić, więc kiedy zobaczyła, że to jednak będzie długa rozmowa odwróciła się na pięcie i pobiegła do domu. Nie wiem, gdzie miałam wtedy oczy.
Co było ważniejsze od dziecka. Może świadomość, że nie jestem za nią do końca odpowiedzialna, że takie rzeczy się zdarzają, ale nie mnie, że to dziecko, (choć tak wiele razy nie chciała wracać do domu po zakończonej zabawie), na pewno będzie tu z nami stać grzecznie.

Mam nadzieję, że Wiktor już jest w łóżku, że jutro rodzicie poświęcą mu trochę czasu i pójdą z nim kopać piłkę. Mam nadzieję, że w tym roku nad morzem dzieci będą bezpieczne, a opiekunowie mimo wszystko będą mieć oczy dookoła głowy.

02.07.2014

Lista głów do ścięcia

Nie pracuję na UW od prawie 2 lat.
Szybko okazało się, że mimo wszelkich możliwych trudności na początku, są to jedne z piękniejszych 2 lat w moim życiu, Pęcła pewnie też.

Mamy swój piękny, zielony ogród na balkonie, jeszcze piękniejszy park, jeden z najstarszych w Polsce, tuż obok mieszkania.
Mamy prace, które, owszem, czasem podnoszą ciśnienie, ale raczej dają satysfakcję, a i często są powodem do dumy.
Angażujemy się w różne projekty społeczne, mamy czas na hobby, kino, gry komputerowe i filmy wieczorami - jak się kończy pracę o 15, a po 10 min. jest się w domu, ma się całe popołudnie i wieczór dla siebie.

A jednak ostatnio leżę na balkonie, słońce próbuje walczyć z chmurami, lektura lekko nuży ..

zaczynam wymieniać w półśnie nazwiska, jedno, drugie, kolejne i kolejne.. Wymieniłam ponad 30 nazwisk. Przypomniały mi się osoby, o których zapomniałam bardzo szybko i nigdy ich nie wspominałam. Nie czułam nienawiści, ani strachu.
Po prostu wiedziałam, że muszę ich zabić.
Cały wydział, na którym kiedyś pracowałam ..

Czytałam "Grę o Tron", oglądałam serial, ale nie straciłam rodziny, ani przyjaciół.
Nie mam kogo pomścić. Nie wiem dlaczego, nagle, w środku zimnego lata, przychodzą mi do głowy nazwiska ludzi, z którymi pracowałam i nie utrzymuję już kontaktu.

Chyba tabletki na tarczycę przestają działać.

18.06.2014

O czym to ja..?

Zapominam. O wielu przeróżnych rzeczach, sprawach, tematach, zadaniach.
Przez 2 ostatnie tygodnie byłam na odwyku od kalendarza - nie notowałam zadań, starałam się je zapamiętywać.
I klops.
Bo o ile wysyłałam maile ze sprawami natychmiast, to potem zapominałam się upomnieć o rezultaty.
A potem telefony z pytaniami i stek kłamstw lub żałosne przyznawanie się do porażki.

Wczoraj (wtorek) pobiłam samą siebie w zapominaniu.

22:30 leżymy w łóżku i czytamy. Odrywam się od książki, bo w głowie urodziła mi się myśl "Po co wyciągałam w niedzielę sitko z szuflady?" - co to w ogóle ma wspólnego z książką, którą czytam?

Przeczesuję wspomnienia z niedzieli. Co ja takiego robiłam, po cholerę mi to sitko. A że sitko mieszka w tej samej szufladzie, w której miarka do płynów, zaczynam się zastanawiać, czy podlaliśmy nasz mini ogród na balkonie. Potem myślę, jak to będzie przez weekend, kiedy będziemy w Radomiu, kto nam te pomidory podleje (w międzyczasie zapomniałam, że nie jedziemy na weekend, tylko na 1 noc...). Wracając w myślach z balkonu przechodzę obok stolika z ciastem. Czuję, że jestem głodna, ale jest już za późno żeby jeść. No więc snuję plany o tym, jak rano, jeszcze przed śniadaniem, ukroję sobie piękny kawałeczek i znów trafię tam wysoko, do słodkiego nieba.

Z nieba ściąga mnie myśl - Został już ostatni kawałek (bo to ciasto,choć nie czekoladowe, a cytrynowe z brzoskwiniami, upieczone w największej blaszce jaką miałam, zjedliśmy w 3 dni.)
I nagłe olśnienie - nie posypałam ciasta cukrem pudrem! To po to zostawiłam na szafie sitko..

Mówię więc do Pęcła "Jestem Twoją żoną i powinieneś coś wiedzieć, na wypadek, gdyby zaczęło dziać się gorzej." I opowiadam mu, że to ciasto takie dobre, ale w planach miałam jeszcze cukier puder, i że właśnie sobie przypomniałam, że powinnam to ciasto posypać.

Jego wrażliwą na moją ułomność reakcję pominę :) Ją akurat pamiętam.

07.06.2014

Cote

Siedzę i patrzę na księżyc i Marsa. Za oknem koncert Czerwonych Gitar. Wącham trawę paloną przez studentów z 3 piętra. Piję białe wino, zajadam sie mocno czekoladowym ciastem, na ktore przepis wykopałam z myślą o wizycie u Lisowiórków - Bagna Mississippi, idealnie czekoladowe, gorzkie i mokre.
 Pokaz sztucznych ogni. Maniek nie wytrzymal napięcia i .. zostawił na mnie mokrą plamę.. kot... na szczęście nasze kastrowany..

Mars robi sie czerwieńszy z chwili na chwilę. Pęceł podbija kosmos razem z nim. Jest bardzo ciepło, bardzo spokojnie i bardzo miło.

Student obiecuje dziewczynie rozpoczęcie obchodów Dnia Seksu. Wszak dzień święty należy święcić.

Jutro wstajemy z kurami. Odwiedzamy stolicę. Dawny dom. Miasto marzeń. Niespełnionych. Tu sie spełniają. Na tym balkonie zielonym, pachnącym i naszym.

27.05.2014

Zderzenie

Wracam z zakupów. Niewielkie, bo przed wypłatą jesteśmy. W czarnej, pięknej, błyszczącej torbie z Mohito ser w plastrach, chleb z ziarnami słonecznika i worki na śmieci. W głowie planuję powypłatowe zakupy: farba do włosów, żel pod prysznic, maska z keratyną, spodnie, buty nowe i jakieś sandałki, może drukarka - to tak na przyszłość. Reszta pójdzie na paliwo, jedzenie i konto oszczędnościowe, wszak lecimy w lipcu do Paryża - każdy grosz się liczy.
Skręcam w wąską ulicę, której wcale nie przeszkadzają zaparkowane z lewej strony auta i dwukierunkowy ruch.

I nagle zderzam się.

Zderzam się z dziećmi, które znam z miejskiego oratorium. Dziewczynka biegnie się przytulić, kojarzę doskonale twarz, niby dorosła, z bardzo szerokim uśmiechem, małe, równe ząbki, blond włoski, delikatnie skręcone. Na jednych z zajęć zwróciła mi uwagę na to, że nie potrafi pisać. Chodzi do pierwszej klasy - mamy maj, a więc pisać powinna już umieć..
Tymczasem wyrasta przede mną i od razu łapie mnie w sidła swoich krótkich rączek. Nie puszcza.
- Nie jesteś w szkole? - pytam zdziwiona, na zegarku równo 11.
- Jest ciepło i nie poszłam - mówi lekko zachrypniętym głosem. Uśmiech z twarzy nie schodzi, nie wypuszcza mnie z objęć, trzyma mocno w biodrach i wlepia niebieskie oczy.
- To twoja siostra? - pytam patrząc na małą dziewczynkę. Siedzi na czterokołowym rowerze. Brudnym i obdartym z kolorów. Twarz okrągła, buzia czarna jak święta ziemia, włosy brązowe, oczy brązowe.. pewnie tatuś się zmienił..
- Tak, opowiadałam pani o niej - odpowiada radośnie. Faktycznie, mówiła, że codziennie rano ubiera swoją młodszą siostrę. Kiedyś zaprotestowała, ale tata powiedział jej, że musi ćwiczyć, bo przez całe życie będzie kogoś ubierała..

Nagle puściła mnie, odsunęła się o jakieś dwa kroki i znów zaćwierkała z uśmiechem:
- Pani patrzy, mam nowe buty!
Chryste na niebie... jest godzina 11, gdzie to dziecko ubrudziło tak nogi?
Pewnie w tym samym miejscu, gdzie ta mała buzię.. odpowiadam sobie w myślach i staram się jednak nie wierzyć w to, że dzieci nie zostały umyte na noc..
A buty? Srebrne balerinki, z których część małych cekinków odpadła, pewnie jeszcze dawnej właścicielce. Widać, że okropnie znoszone, ale dla niej nowe. NOWE!
Chwalę te jej nowe buty, żałuję, że nie jestem po wypłacie. Kupiłabym jej nowe, prawdziwie nowe.
Ciekawe tylko, co by na to mamusia powiedziała? Wolę się nie zastanawiać.

Torebkę trzymam w ręku, zagląda mi do niej i mówi:
- Wraca pani z zakupów? Z biedronki?
- Tak - rzucam okiem na ser.
- No właśnie, mama też kupuje taki ser, ale możemy jeść trzy razy w tygodniu. Mama mówi, że jak się je dużo sera, to się nie rośnie..

Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek sensownego, mała chwyciła w ręce rurę od znaku drogowego, owinęła się wokół dwa razy i powiedziała:
- Pani patrzy, tańczę na rurze. Mama czasem też tańczy, ale nie mamy rury w domu, tylko taki słupek. Powiedziała, że mnie kiedyś nauczy!
- A dziś jest dzień matki - mówię, żeby jakoś temat zmienić - macie dla mam jakieś prezenty.
- Mam, zrobiłam w Ora laurkę.

Pogadałam z nimi jeszcze chwilę o psach, o tym jak się adoptuje zwierzaka ze schroniska i gdzie mieszkam. I poszłam z tą swoją torebką, serem i chlebem do domu. W szafie 5 par butów, to znaczy, że nie muszę jeszcze kupować nowych, torby wyniosłam do piwnicy, bo nie miałam na nie wszystkie miejsca w domu. Paryż klepnięty, nie da się odwołać, ale niesmak wielki. I żal.
Nikt ich nie pilnował, nawet nie dopilnował, żeby ta mała poszła do szkoły. Zdarte buty, tańczenie na rurze.. Jakie ona ma wzorce? Jak im pomóc? Nie zaadoptuję wszystkich zaniedbanych dzieci, nie ubiorę ich i nie umyję. Dać kasę? Komu, na co?

Dobrze, że te dzieciaki mają oratorium, czyli na pewno jeden ciepły posiłek dziennie - w dużym uproszczeniu. Do tego sztab osób, które chętnie się nimi zajmują, uczą, tłumaczą, pokazują co wolno, a co nie i przytulają, kiedy trzeba.

22.05.2014

Święto Bydgoskiego Przedmieścia

Dałam się wkręcić w drobny udział w Święcie Bydgoskiego Przedmieścia.

Miła Pani Bibliotekarka z osiedlowej biblioteki zaprosiła nas do udziału w wymianie książek. Stwierdziliśmy na początku, że przecież mamy kilka książek, których już nie przeczytamy, a których też nie sprzedamy, ze względu na ich stan lub zwyczajny brak popytu na tytuł.
Wróciliśmy do domu i zabraliśmy się za szukanie tych książek.
I co?
I nic.
Wyciągnęłam na siłę dwie książki jeszcze z czasów studiów. Pęceł oddał jedną, którą kiedyś próbował sprzedać za grosze na allegro.
Czyli trzy.
Mało.
Dorzuciłam książkę-poradnik dla nastolatek, którą jednak przeczytałam dwa lata temu ze względu na liczne biografie ważnych osób, o których na co dzień się nie myśli i nie mówi.
Cztery.

-Tę dostałam w prezencie - protestuję.
- Ta od Marcina - stwierdza słusznie Pęceł.
- Tą jeszcze przeczytam - I ja też ..
- O! Tą weźmy! - Ta ma dedykację od byłego szefa, nie nadaje się..

Okropnie ciężko rozstawać się z tymi wszystkimi ludźmi i ich historiami spisanymi w książkach. Dodatkowo mamy je ułożone według naszych kryteriów, kiedy potrzebuję konkretnej książki po prostu podchodzę do regału i wyciągam - nie szukam.

Pójdę w sobotę świętować, ale chyba z cichą nadzieją, że jednak nikt nie będzie chciał się ze mną wymieniać.

08.05.2014

Nie ma czym podróżować

Szykuje się nam bardzo rodzinny urlop. Cieszy mnie to, że tym razem to my możemy komuś pokazać kawałek świata i sprawić ogromną radość dzieciakom.

Ale.. całe życie latałam Wizzair'em za rozsądne pieniądze, a teraz kiedy rezerwuję lot dla 10 osób ceny są jak za zboże. Tak się nie robi!!! :/

Średnio mi się widzisz podróż samochodem, ale 400 zł za bilet w jedną stronę to za dużo ..

23.04.2014

Zapachniało, zajaśniało, wiosna, ach to ty ..

Wyrwałam dziś z zapałem mlecz. Duży, zielony dorodny. Niebo niebieskie, słońce wysoko, ciepło, pięknie. Magnolia kwitnie w kącie, trawka rośnie.. Boże! Kocham wiosnę!

Więc wyrwałam ten mlecz. Wybiegł z niego całkiem niemały, czarny, tłusty pająk. Aż odskoczyłam. Mlecz w panice wrzuciłam na korę. Wzbił się z niej w górę bąk. Może mu coś zrobiłam tym mleczem, bo szybko wylądował i urządził przechadzkę po ścieżce. Idzie do mnie z tym swoim grubym dupskiem, szybciej i coraz szybciej. Rzuciłam to wyrywanie chwastów w cholerę.

Poszłam malować podschodki. Malowałam szybko bo zbliżała się burza. Zabrakło mi 3 stopni do końca. Jak tylko weszłam do domu zaczęło błyskać, grzmieć i trzaskać. Kot zrezygnował z wylegiwania na balkonie. Pozamykałam okna, wyłączyłam komputer. Boję się.

Nie po to cierpiałam zimę całą, żeby teraz się bać pająków, robactwa i burzy. Nie o taką wiosnę walczyłam ze śniegiem i mrozem.

Ale pachnie pięknie deszczem.. Pająki spacyfikuję, robactwo też. Burza.. no cóż...

Pięknie pachnie deszczem.


15.04.2014

Przyjaciel w biedzie

Dziś pomogła mi Siostra. W przeciwieństwie do mnie samochodem jeździ odkąd legalnie może. Jej auto gabarytowo podobne jest do naszego.

Zanim wsiadła pokazała mi rysy na swoim pojeździe, opowiedziała co się wydarzyło. Zupełnie tak samo, jakby weteran wojenny chwalił się ranami. Ale od razu mówię, że nie było ich wiele - jedna rana z przodu i kilka drobiazgów nierzucających się w oczy bez wskazania palcem.

Pocieszyła mnie, krytykując wielkość parkingu. Przez co trzęsę się mocniej.

Chłopy złapią się za głowię i powiedzą "Baby". Trudno.

14.04.2014

Lekcja precyzyjnej modlitwy

Drogi Pani Boże,

kiedy wczoraj wieczorem dziękowałam Ci za wszystko co mi dajesz.. nie miałam na myśli wydarzeń z dzisiejszego poranka. Z jednej strony skąd mogłam wiedzieć.. z drugiej strony potraktowałeś mnie dosłownie, co w sumie jest dla mnie znakiem..

Jest wieczór, a ja nadal siedzę zestresowana, trzęsę się jak galareta. Auto wygląda źle. W sobotę go kochałam, dziś już go nie lubię. Boję się nawet. Najgorsze jest to, że jutro też muszę do niego wsiąść i gdzieś nim pojeździć. A chciałabym nie musieć już w ogóle nigdy go prowadzić.

To dziwne i niesprawiedliwe, w starym aucie, pordzewiałym, oskubanym z lakieru, trzeszczącym w każdym możliwym miejscu, nie zdarzyło mi się coś takiego nigdy. Żebym nie wiem jak się starała, najgorszym co zrobiłam, było wjechanie w żywopłot na parkingu, przy wycofywaniu, pierwszego dnia samodzielnej jazdy. A dziś taka kupa! Taki zawód! Koszmar.

Panie Boże, wiesz, że nie zarabiamy wiele. Że to auto jest kupione z tego, co udało się nam uzbierać. Nie pozwól mi go, proszę, więcej dewastować. W ogóle nie pozwól mi popełniać w nim błędów - jakichkolwiek.

Proszę!

Amen

12.04.2014

Rzut - powrót

Nie zachwycałam się tu jeszcze naszym nowym życiem. A zachwycam się każdym jednym dniem. Nawet zima jest tu do zniesienia. Jest stabilnie, spokojnie i leniwie. Przytulnie, wygodnie i blisko. Pachnąco, zielono i rześko.
Jak w domu!