05.12.2014

Świat się kończy, czy zmienia?

Kot mruczy w czasie czesania. Mruczy do osmarku.
Wiadomo - jak kot mruczy i jest osmarkany, to znaczy, że jest bardzo szczęśliwy.

Ale ten kot nigdy nie lubił czesania, uciekał na sam widok szczotki.


Wizyta w przychodni trwała w sumie ok. 15-20 min. -  w tym odstanie swojego w kolejce do rejestracji i wizyta w gabinecie.

Można? Można!


Pęceł sam, nieprzymuszony, kupił worek krówek "koniecznie ciągutek". Dla nas.
To był pierwszy raz w życiu, kiedy widziałam mojego męża kupującego słodycze.

Bardzo urocze!


Niestety preposizioni semplici i articolate pozostają niezmiennie trudne, ale "jakoś musicie się tego państwo nauczyć".

21.11.2014

Moje 30 urodziny zbliżają się nieuchronnie. Nie mam z tego powodu żadnych myśli negatywnych - taka kolej rzeczy. Jak chce się żyć, to trzeba żyć  i z 3 z przodu.

Do życia, wiadomo, potrzebne jest zdrowie, które mam, ale o które muszę dbać, czasem wyjątkowo skrupulatnie. Toteż odwiedzam w ciągu roku co najmniej 5 specjalistów + laboratorium.
Kolejka do tego laboratorium nie mniejsza niż do specjalistów. Dodatkowo płatna morfologia (6 zł, w zeszłym roku było 5 zł, ale wiadomo, wszystko drożeje).
- Wygodnie proszę usiąść i patrzeć wszędzie tylko nie na rękę, żeby nam pani nie zemdlała - radzi pielęgniarka.
Ja nie mdleję na widok krwi, to bardzo budujący widok, o ile tej krwi nie ma za dużo i nie bryzga frywolnie we wszystkich kierunkach. Czyli nie wiem, czy mdleję.
Od małego dziecka moja mama, pielęgniarka, przynosiła do domu drobne akcesoria do nakłuwania żył, celem zbadania nam krwi. Żółte gumy do ściśnięcia ręki powyżej łokcia, waciki, igły i strzykawki.
- A jaki rozmiar tej igły? - moje i siostry standardowe pytanie przed kulminacyjnym momentem
- 12 - mówiła mama
Po jakimś czasie już wiedziałam, że czasem była większa, bo i 13, można to było rozróżnić po kolorze papierka, w którym schowana była igła. Raz też po ukłuciu mama przyznała się, że to jednak była 13 ..
- Zaciśnij piąstkę - moment najgorszy, nie da się uciec, na nic płacz i modlitwy, że może jednak nie trzeba kłuć. Jak podrosłam lubiłam patrzeć jak krew skapuje do probówki. Gęsta czerwona, nieprzerzedzona wodą - nie było w zwyczaju pić wody przed pobraniem.
Było też kłucie z palca -  w zasadzie bardziej bolesne i nieprzyjemne, bo pielęgniarki tak mocno ten palec ściskały, jakby po nakłuciu spodziewały się, że nic się nie wydarzy. Bolało bardziej, ale psychicznie było lepsze do zniesienia.

- Proszę zacisnąć pięść - mówi pielęgniarka
- Takiego wała - myślę sobie. I owszem zwijam palce w piątkę, ale z siłą wykończonej anemią mimozy.
- Pani cały czas patrzy?
No patrzę, nie lubię kiedy mnie ból zaskakuje, wolę patrzeć komuś na ręce niż się potem mocno dziwić.

Ale nie da się patrzeć cały czas.
Byłam już kilka razy na niezwykle "sympatycznym" zabiegu jakim jest biopsja. Mamunia moja doświadczona podobnymi zabiegami poradziła się znieczulać dokładnie specjalnymi maściami. I tak za każdym razem robię. Biopsja tarczycy nie bolała wcale, jak na 4 ukłucia w sumie, było niemalże doskonale. A potem, od stóp do głów, oblałam się tylko dlatego, że lekarka, która biopsję robiła ma już (ponad) 80 lat. Więc zwyczajnie bałam się, że zamiast w tarczycę, wyceluje w moje oko.
Ostatnio jednak to ja źle wyliczyłam sobie miejsce nakłucia i krem znieczulający nie dotarł tam, gdzie trzeba. Bolało tak, że lepiej już zakończę.

16.10.2014

Parli italiano?

Od października uczę się włoskiego. Spełniam marzenie z dzieciństwa. Rodzice włączali tv na kanale, na którym występowały dziecięce chóry. Dzieci oczywiście śpiewały po włosku. Nie mam pojęcia o czym, ale fajnie im to wychodziło. Trochę później na innym kanale piękna pani włoszka sprzedawała telefonicznie biżuterię. Nie mam pojęcia, co o niej mówiła, ale chciałam od niej kupować, a na pewno jej słuchać.

No ale nie o tym.

Uczę się tego włoskiego na uniwersytecie, na filologii włoskiej. Koleżanki moje nowe mają 18 i 19 lat. Oprócz wieku dzieli nas, w większości, niewiele. Chcemy się uczyć, fajnie jest na praktycznej nauce, kiedy można mówić, słuchać, pisać. Po zajęciach też jest fajnie, bo można sensownie porozmawiać.

Ale ja dziś o mniejszości.

Bo kilka nowych koleżanek postanowiło na studiach nie tyle się uczyć, co integrować.
Codziennie na forum grupy panna A* zadaje pytanie "Kiedy idziemy pić?". Pytanie przybiera różną postać: "Może piwo dzisiaj?", "Ktoś chętny na integrację?", "Jakieś piwko po zajęciach?, itd., itd. ..

I oto scenka rodzajowa z życia wzięta. Ponieważ nie znam jeszcze imion większości dziewczyn posłużę się skrótem A i B*.

W środę zajęcia prowadzi kobieta, która jest Włoszką z urodzenia, podobno nie potrafi mówić po polsku. Wątpię, ale jest to jakiś sposób na zmotywowanie do nauki. Na tych zajęciach słuchamy piosenek, scenek, opowiadamy o tym, uzupełniamy zadania - słowem uczymy się słuchać.

Professoressa zadała pytanie koleżance A, od piwka. Ta siedzi cicho. Włoszka powtarza. Ta nic.
W końcu jedna z koleżanek (B) nie wytrzymała i mówi:
B: Integracja! Zainteresowana podnosi głowę i szuka. Koleżanka kontynuuje - strona 9, ćw. 4, punkt c,  odpowiedź: "si"
- Si - mówi Integracja

Po zajęciach Integracja i koleżanka B spotykają się w drzwiach.
- Dzięki - mówi Integracja - kompletnie nie wiedziałam o czym ona mówiła i że mówiła do mnie.
- Nie ma sprawy - odpowiada B
- Słuchaj, może mogłabym się jakoś odwdzięczyć? - kontynuuje A - Może postawię ci piwo po zajęciach?

09.09.2014

Korpo-life

Po ostatnim weekendowym wyjeździe z obcymi ludźmi wzięło nas z Pęcłem na przemyślenia. Oczywiście dopiero wtedy, kiedy wygodnie usadowiliśmy się w aucie i odjechaliśmy na bezpieczną odległość od Warszawy.

Przyszło nam się bratać z pracownikami korporacji, agencji reklamowych i agencji eventowych.
Co robi ów pracownik po wejściu do pociągu? Wyciąga telefony - co najmniej dwa, laptopa, tablet, notes gruby z mnóstwem zakładek, kolorowych karteczek. Rozluźnia się dopiero wtedy, kiedy na zegarze wybija 16, a pierwsza butelka z winem zostaje opróżniona.

- W jakiej firmie pracujecie?
- XYZ - szkolenia, coaching.. - odpowiada Pęceł
- aaa.. to spoko, możemy się zakumplować. Z konkurencją nie gadamy. My organizujemy konferencje medyczne..

"Łooo kur*a" jak to mówi sąsiadka moich Rodziców. Ale selekcja. Teraz nie wiesz do kogo gębę otworzyć, żeby cię zaraz za szpiega nie wzięli.

Mogło mi się na pierwszy rzut oka wydawać, że fajnie mają w pracy takie osoby z agencji reklamowych. Fajnie, że organizują konferencje, że poznają tylu nowych i mądrych ludzi, że robią coś ważnego.
I rzeczywiście tylko mi się wydawało. Już na samym początku kilka osób zaznaczyło, że pracują w swojej firmie, ponieważ trzyma ich kasa. Zarabiają dobrze, ale swojej pracy nie lubią.
Kilka razy w tygodniu podróżują do innego miasta, do tego dochodzi obecność na konferencji/spotkaniu. Oprócz tego dochodzą im takie właśnie wyjazdy weekendowe - dla nas prezent i doskonała możliwość, żeby jeszcze gdzieś wspólnie wyskoczyć - dla nich jedna z cięższych kar.

Co było punktem wspólnym wielu z naszych współtowarzyszy? Wielu z nich było tzw. singlami.
Ciężka praca w korporacji, agencji reklamowo-eventowej nie idzie w parze z poznawaniem partnerów na resztę życia, czy nawet na trochę krócej. Owszem na jedną noc, na weekend.
Jedna z dziewczyn potwierdziła, że owszem ma kasę i buduje sobie właśnie dom (w wieku 24 lat..), ale nie ma szans na to, żeby kogoś poznała. Za często nie ma jej w domu, za często wyjeżdża, ma tysiąc spraw na głowie i jak trzeba pracuje do późna w nocy. Warunki zdecydowanie niesprzyjające zakładaniu rodziny.

I tak wracając do domu przeskakiwaliśmy z osoby na osobę snując jakieś domysły, czy podejrzenia - owszem, można to nazwać obgadywaniem. Ale nie złośliwie. My współczuliśmy zdecydowanej większości tych ludzi. Zwłaszcza pewnej kobiecie, bardzo spokojnej, która klasyfikuje się w grupie "35+" z kilkoma siwymi pasemkami, pewnie ze stresu, której rodzice podrzucili torbę z jedzeniem na dworzec.. mnie to chwyciło za gardło.. Ja wracam do domu, z mężem, razem będziemy oglądać zdjęcia z wyjazdu, razem zjemy obiad, kolację, pójdziemy do kina, zrobimy zakupy. Dla mnie to jest cenniejsze niż pełny portfel, czy konto w banku.


12.08.2014

To było nocą, gdy księżyc jasno świecił..

"Błędy człowieka szlachetnego są jak zaćmienie słońca lub księżyca - wszyscy je widzą."
Konfucjusz.


.. albo, kur*a, słyszą!

Noc, w czasie której nastąpiła superpełnia księżyca, była nocą dość męczącą.

Najpierw jakiś niedorozwój zechciał bawić się domofonem. Dwa razy wybrał numer naszego mieszkania.
O ile za pierwszym razem mnie obudził i poruszył moje pokłady współczucia dla samotnych debili, włóczących się nocami po mieście, to już drugi dzwonek obudził we mnie diablicę.
Wyskoczyłam z łóżka jak sprężyna z materaca, dorwałam się do słuchawki i zapytałam "najuprzejmiej" jak mogłam:
- czego dzwonisz po nocy, chuju głupi?

I od razu napełniło mnie zdziwienie, czy wyraz "chuju" nie jest już sam w sobie wystarczającą obelgą, żeby jeszcze okraszać go przymiotnikiem?
No cóż, słowo się rzekło.
Słuchawkę odwiesiłam, sprawdziłam, czy drzwi wyjściowe są zamknięte, sprawdziłam też balkon.
Wróciłam do łóżka, w końcu jest pierwsza w nocy.

Księżyc świecił nam prosto w sypialniane okna zakryte roletami, które to rolety niewiele pomagały.
W kocie obudził się drugi debil. Zaczął polować na moją stopę. Nie ruszałam nią, nie prowokowałam go, chciałam zasnąć. Kto ma równie "mądrego" kota, wie, że nie ma nic bardziej wkurzającego od bólu ugryzienia i zadrapań pazurskami w środku nocy.
Skończyło się zlaniem kociego dupska poduszką.

Zasnęłam.

Księżyc pnie się dalej po niebie. Kot śpi w salonie. Słychać syczenie węży..
Pęceł wstaje, sprawdza balkon.. tak, na świecie jest wiele istot, które źle reagują na superpełnię.
Koty na sąsiednim podwórku podziwiały wielkiego satelitę i tłukły się, mam nadzieję, o jakąś seksowną kotkę.

O 4.30 sąsiad debil wyruszał na urlop. Obyś, łajzo, za szybko nie wrócił. Radio rozpiżdżone na cały regulator, stary silnik dudni jak zepsuty traktor..
"Jedź w pizdu, albo wyjdę cię pożegnać" - myślę w rozpaczy..

06:00 - dozorca też dostał tej nocy księżycowego debila, bo koncertowo napier*ala przykrywami od metalowych koszy na śmieci, bo w końcu za 30 min. przyjedzie śmieciara i trzeba się z 3 koszami uwinąć tych 50 metrów.

06.10 budzik..

MORDOWAĆ!

07.08.2014

Paryż

Obsrana po same kostki usiadłam na fotelu, tuż przy przejściu. Nikt mnie nie zmusi, żebym siedziała przy oknie. Nogi trzęsły mi się jak przy Parkinsonie i w żaden sposób nie umiałam ich powstrzymać.
Mieliśmy 2 godzinne opóźnienie i jakiś popapraniec zechciał powiedzieć nam dlaczego - "z powodów technicznych".
Dla mnie, Popaprańcze, powody techniczne to nic innego jak ułamane skrzydło, grożące odpadnięciem tuż po wzbiciu się, dziurawy zbiornik paliwa, brak koła, albo niemożność otwarcia całego podwozia.
Problem techniczny to też terroryści, brzoza, mgła, wiatr, turbulencje.. kurwa.. jedźmy autem, błagam! Poprowadzę!

Ok, dali nam nową maszynę, zepsuta została na Okęciu, lećmy. Z Bogiem.
- Juliaaaa, zooobaaaacz, jesteśmy w chmurach! - Mówi 7 latka
- Ojaaaa, ale wysoko! Łał! Widać słońce! - odpowiada Jula
- Julcia, nie boisz się? - pytam łamiącym głosem
- Czego? To zwykły samolot w zwykłych chmurach, czego mam się bać? - odpowiada rezolutnie.


bleee

Julka to moja chrześniaczka, z myślą o niej, Karolci i Krzyśku cały ten wyjazd. Karolka i Krzyś lecieli ze swoimi rodzicami, ja i Pęceł mieliśmy Julcię pod opieką.

- A kiedy będą turbulencje? - pyta Karolinka.
Że kurna CO?! "Pod Twoją Obronę.. błagam, Boże, żadnych turbulencji, nie zniosę, mam za słabe serce, błagam!

- Wstań i sobie poskacz, to będziesz miała.. - odpowiada jej tatuś..
No więc dziecko wstało i skakało, a ja już widziałam w wyobraźni jak samolot przechyla się na lewą stronę (od skoków 7 letniego dziecka, tak.. wiem, mam problemy z opanowaniem emocji w sytuacjach kryzysowych...) i spadamy w dół, w diabły..

Paryż jest piękny - nadal. Ale już nie zachwyca. Kiedy mieszkaliśmy w brudnej stolicy naszej, codzienna walka o miejsce w autobusie, tramwaju, czy metrze, nie stanowiła problemu. Podobnie jak ogromne odległości do przejścia, np.  w podziemiach.
Od dwóch lat mieszkamy w Toruniu i tym razem Paryż zmęczył mnie chodzeniem, szukaniem odpowiedniej linii metra, przechodzeniem śmierdzącymi podziemiami, żeby przesiąść się na kolejne. Śmieci na chodnikach, na trawie, pierdyliard kapsli, korków od szampana i wina na Polach Marsowych.

Albo jestem za stara na takie szybkie wypady po Europie, albo życie w małym Toruniu odciska już piętno na mojej grubej, poukładanej dupie. Dwa dni dochodziłam do siebie, a mimo tego, że minął już tydzień, śnię o tym, że razem z dziewczynkami szukamy metra, chodzimy po ulicach i błądzimy.. budzę się zmęczona.

Jednak.. zobaczyć radość, zachwyt, szaleństwo w oczach .. bo Piękna i Bestia, bo kolejka górska urywająca głowę, Alicja w Krainie Czarów i Trzy Dobre Wróżki, które przyszły się przywitać..
To był najbardziej wzruszający urlop jaki miałam. A Disneyland jak wymiatał, tak wymiata dalej i lepiej!

W drodze powrotnej były turbulencje, piękne, delikatne, ale jednak bujało.. a co na to dzieci?
No cóż.. spały..